Jak zostać pracoholikiem – prosty poradnik

Zaczyna się niewinnie. Lubisz, czy nawet uwielbiasz swoją pracę, dzięki czemu nie czujesz się w niej jakbyś faktycznie pracował. “Kochaj to co robisz, a nigdy nie będziesz w pracy” – kierując się tą mądrością zaczynasz spędzać nad projektami coraz więcej czasu, zaczynając od “skromnych” 40 godzin. Pierwsze tygodnie wyglądają świetnie – masz zapał do pracy, czujesz się jak ryba w wodzie podczas realizacji kolejnych projektów, a zespół i szef wciąż prą do przodu poszukując nowych zadań. Brzmi znajomo?

Po etapie euforii zaczynasz odczuwać lekkie zmęczenie, a entuzjazm nie jest już tak nieposkromiony, jak wcześniej. Jednak to nie miejsce na zwolnienie tempa, o nie! Jest przecież jeszcze tyle do zrobienia. Trzeba dokończyć bieżące projekty, a na horyzoncie czekają już kolejne, a za nimi jeszcze kolejne. Zawsze znajdzie się też coś do poprawienia w tym nad czym aktualnie pracujesz, bo perfekcjonizm doskonale współgra z pracoholizmem.

W końcu przychodzi moment, w którym stajesz przed wyborem: dalsze dokręcanie śruby i wyrzeczenia albo zmniejszenie tempa i chwila oddechu. Oczywiście, wybierasz to pierwsze, bo w przeciwnym razie Twoja ambicja i sumienie nie dadzą Ci żyć w spokoju. Zaczniesz się porównywać ze współpracownikami i analizować, ile czasu oni spędzają w pracy. Odwrót nie wchodzi w grę. W pierwszej kolejności pewnie rezygnujesz z aktywności fizycznej, wyjść na spacer czy do kina. Nie masz na to zwyczajnie czasu, wiecznie sobie obiecujesz “później, innym razem, jeszcze będzie okazja”.  Mógłbym teraz napisać: “Nie, nie będzie”, jednak byłoby to przesadą, choć… niewielką.

Efekt odwrotny do zamierzonego

Nie poszedłbyś do pracy pijany, prawda? Dlaczego więc problemem nie jest pójście do niej po paru marnych godzinach snu, gdy ludzki mózg funkcjonuje nawet gorzej niż po alkoholu? Pominę tu kwestie takie jak Twoje bezpieczeństwo w trakcie drogi między domem i pracą (chyba, że już sypiasz w biurze, wtedy to nieistotne). Sednem jest Twoja wiara w to, że zwiększając ilość czasu poświęconego na pracę zwiększasz swą produktywność. Jednak po przekroczeniu pewnego pułapu następuje paradoks: im więcej pracujesz, tym Twoja produktywność szybciej spada, aż osiąga poziom bliski zeru. Ma to przełożenie zarówno w skali dnia, jak i tygodnia czy miesiąca. Jesteśmy w stanie efektywnie zajmować się jednym zadaniem maksymalnie półtorej godziny (w przypadku typowo kreatywnej pracy czas ten skraca się nawet do godziny). Później sprawiasz już tylko pozory osoby pracującej, wpatrując się bezproduktywnie w ekran i krążąc bez celu po dokumentach.

Jeśli zaś spojrzeć na długofalowe efekty tak intensywnej pracy, można początkowo dostrzec wzrost efektywności, który jednak potrwa nie dłużej niż kilka tygodni, maksymalnie miesiąc. Po upływie tego czasu efektywność wykonywanej pracy zaczyna stopniowo się zmniejszać z jednej, oczywistej przyczyny – zmęczenia. W końcowej fazie marnujesz tylko własny czas i energię. Właściwie, nie tylko własny – nie łudź się, że współpracownicy nie zauważą, że wyglądasz (i funkcjonujesz) jak zombie. Zauważą. I to właśnie wtedy zaczniesz być postrzegany jako najsłabsze ogniwo. Czy właśnie tego chcesz?

Mam jednak dla Ciebie małe pocieszenie. Wszystko, o czym napisałem powyżej, w szerszej perspektywie jest zaledwie garstką nieistotnych szczegółów. To, czym powinieneś się martwić dopiero przed Tobą.

Pracoholizm, czas i produktywność

To ma wpływ na Twoje życie osobiste

Po wyeliminowaniu z Twojego życia zainteresowań i zastąpieniu ich pracą przychodzi pora na kolejny etap przemiany w robota – ograniczenie relacji międzyludzkich. Na początku znajomi i rodzina podchodzą dość wyrozumiale do każdego „nie mogę, jestem zapracowany”, „nie mam czasu, mam mnóstwo pracy”, które słyszą w odpowiedzi na zaproszenia do wspólnych obiadów, wyjść, czy spotkań. W ich oczach jesteś pracowity i rzetelny, nawet jeśli czasem sobie z tego trochę drwią. Wraz z minięciem etapu nazywania Cie pracusiem, mrówką robotnicą, dronem, czy po prostu pracoholikiem, poczujesz ulgę. Prawdopodobnie nie zauważysz tego momentu, w którym bliscy przestaną do Ciebie dzwonić z zaproszeniami, bo będą już z góry znali Twoją odpowiedź. W końcu telefony umilkną (oczywiście nie te służbowe) i nikt nie będzie Cie odciągał od pracy. Finalnie dojdzie do tego, że jedyną interakcją międzyludzką, jakiej będziesz doświadczał w ciągu dnia będzie zamawianie jedzenia, bo przecież nie masz czasu na to, by samodzielnie przygotowywać posiłki.

Pracoholizmowi sprzyja przekonanie, że tylko czas poświęcony na pracę nie jest czasem straconym. Nie muszę chyba mówić, że jest ono całkowicie błędne. Zbyt łatwo zapominamy o tym, że to czas poświęcony bliskim i kultywowaniu naszych zainteresowań oraz hobby jest najbardziej wartościowym i pozwala nam zregenerować nasze akumulatory, tudzież naostrzyć siekiery.

Robisz sobie krzywdę, dosłownie

Pracoholizm może Cie zabić – nie odkrywam tu Ameryki, prawda? Japończycy, którzy są znani ze swej sumienności i honorowego podejścia do pracy mają nawet na to własne określenie – karōshi, co oznacza dosłownie śmierć z przepracowania lub stresu wywołanego – a jakże – przepracowaniem. Jako ciekawostkę dodam, że spanie w pracy w Japonii jest uznawane za przejaw pracowitości – skoro śpisz z głową na blacie swojego biurka, to znaczy, że pracowałeś dość intensywnie. Ciężko o lepszy sposób na zyskanie w oczach przełożonego.

Wszystkie te fakty ukazują pewną kuriozalność i zarazem groteskowość pracoholizmu. Skoro człowiek jest w stanie pracować tak intensywnie, że potrafi spowodować własną śmierć, to o ile łatwiejsze może być doprowadzenie się do całej gamy objawów chorobowych? Od problemów kardiologicznych, nerwowych na łysieniu i zgadze skończywszy. Niedobór snu, złe odżywianie, stres, siedzący tryb życia – nie trzeba wymieniać dalej, bo wszyscy każdego dnia słyszymy o tych problemach w radiu, telewizji, od ekspertów i wszędzie gdzie tylko się da. Niby wszyscy posiadamy wrodzony instynkt samozachowawczy, a jednak unikanie tak destrukcyjnych zachowań przychodzi niektórym z nas z ogromną trudnością. Tu uczulam Cie, drogi czytelniku, byś nie poprzestał na kontrolowaniu własnego wewnętrznego pracoholika, ale pozostał też czujny na to, czy ludzie w Twoim najbliższym otoczeniu nie borykają się z podobnymi problemami. Warto pamiętać, że szczera rozmowa to pierwszy krok do zdiagnozowania i rozwiązania problemu.

 

Jeśli spodobał Ci się powyższy wpis, rzuć okiem na tekst Jasona Lengstorfa, w którym opisał on swoją walkę z własnym pracoholizmem. Wpis znajdziesz tutaj.  

  • Paulina Basta

    Dobry tekst, Andrzej. Chwilę się biłam z myślą czy go przeczytać (jakieś 2,5 sekundy), bo… naturalnie nie chciałam poznać odpowiedzi na pytanie postawione w tytule;-)

    • Andrzej

      Dzięki, Paulina! 😉 Cieszę się, że pokonałaś obawę przed tą odpowiedzią 😉

      • Paulina Basta

        #jaOdważna 😉

  • Świetne ujęcie tematu. Zainteresowanych tematem odsyłam do Lazy A Manifesto, fragmentu audiobooka Tima Kreidera – We Learn Nothing. Możecie go odsłuchać np. tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=WWyV_GaH7K0

  • klapaucius

    Dodałbym jeszcze jeden efekt takiego pracoholizmu – zaniżanie sobie stawki godzinowej. Chodzi mi o to, że z czasem człowiek zaczyna się wypalać i praca nie idzie mu tak sprawnie, jak na początku. Na realizację danego zlecenia trzeba więc nagle poświęcić 10 godzin, a nie 5, jak wcześniej, podczas gdy końcowa cena się nie zmienia – umówiliśmy się przecież z klientem na pięć stówek.

    • Dobre spostrzeżenie, bo przecież chodzi o to, żeby pracować za pieniądze, a nie dla pieniędzy.

  • Hej, strasznie ciężko czyta się to Lato Light i pikseluje krawędzie. Super by było jakbyście zwiększyli font-weight i font-size 😀

    • Patryk pracuję nad innym layoutem. Póki co sugeruję włączenie wygładzania czcionek jeśli Twój OS na to pozwala.