Jak odczuwać satysfakcję z pracy – najprostszy sposób

Kolejny dzień pracy. Czujesz się jak mały trybik w wielkiej maszynie, który powtarza cykl w cykl te same lub podobne zadania. Chciałbyś coś zmienić, ale kolejne porady na temat pasji płynącej z pracy nie dodają Ci skrzydeł? Wspaniale! Mam prostą radę, którą możesz wprowadzić od zaraz by odmienić ten stan!

Tak naprawdę jest wiele rad, które można dać ludziom tkwiącym w pracy, niedającej im satysfakcji. Jedna z nich brzmi: zmień robotę. To najlepsza rada, ale dość naiwna. Czasami nie możemy sobie pozwolić na to by postawić wszystko na jedną kartę. Może to być kwestia umowy z pracodawcą, raty kredytu, strach jak to będzie, albo po prostu wielka niewiadoma „co innego miałbym niby robić?”. To naturalne i nie musimy wystrzegać się tego typu obaw. Jest jednak drobna zmiana, która może przynieść Ci ulgę nawet jeśli zajmujesz się bardzo niewdzięczną pracą.

Wyzwanie – Osiągnięcie – Nagroda

Przeczytałem ostatnio takie zdanie:

„Naukowcy zajmujący się mózgiem są zgodni, że pętla wyzwanie – osiągnięcie – nagroda zwiększa produkcję dopaminy w mózgu[…]”.

Dopamina to ten kawałek chemii naszego organizmu, który napędza nas do działania, wpływa na samopoczucie i energię. W skrócie, to dobrze, gdy nasz mózg produkuję dopaminę.

W kontekście naszej codziennej mordęgi w/w schemat powinien wyglądać tak:

praca obowiązki pensja

Okazuje się, że pensja nie zawsze jest najważniejsza. Udowodniliście to również w naszym raporcie plasując wynagrodzenie na czwartym miejscu, wśród elementów motywujących Was do pracy. Wykreślmy ją zatem z naszego schematu, pole nagrody zostanie puste.

nagradzaj się

Zmień pensję na nagrodę

Pensje są często środkiem do zaspokajania bieżących potrzeb finansowych, tu rachunki, tam kredyty, jakiś lekarz, jedzenie, oszczędności. A kiedy myślałeś ostatnio o sobie? Egoistycznie! Tylko o swoich potrzebach? O obudzeniu swojego wewnętrznego dziecka?

Od kilku lat stosuję taką zasadę, że po każdym zakończonym projekcie – nie ważne jak dużym – robię sobie prezent. Spokojnie i bez wariactw typu kupno Porsche 911, choć chętnie bym się na to porwał. Żyję w myśl zasady, że poza codziennymi potrzebami mam tez potrzeby niecodzienne, a pracuję po to by móc je spełniać. To właśnie zaspokajanie mojego wewnętrznego dziecka – tu McDonalds albo sushi, płyta z muzyką, książka nie-branżowa, impreza na gokartach czy jakiś elektroniczny gadżet. To są rzeczy, które lubię. Kupowanie ich od czasu do czasu jest jak dyplom za dobre sprawowanie. Patrzę na zegarek na ręku i wiem, że mam go dlatego, że zrobiłem świetny projekt. Gdy wyciągam jedną z moich ulubionych planszówek myślę o kliencie, który zalazł mi za skórę, ale mam go już za sobą. To moja nagroda, namacalny i widoczny dowód osiągnięcia. Niczym kolejny poziom w grze 😉

Co ważne pensję zazwyczaj otrzymujemy regularnie, a nagrody (o ile nie miażdżą naszego domowego budżetu) możemy sprawiać sobie znacznie częściej. To może być taka mikropremia, która napędzi naszą motywację i osobistą satysfakcję. Istotne, że nie musimy o nią nikogo prosić. Wystarczy się przełamać.

Gdy dzieliłem się swoją filozofią z jednym z moich klientów, zapytał mnie „Nie żal Ci kasy na te pierdoły?”. Odpowiedziałem tak jak opisuję to dzisiaj, to taka osobista fanaberia, która przypomina mi, że pracuję przede wszystkim dla siebie. Do tego też zachęcam. Świadomość nagrody sprawia, że łatwiej nam przebrnąć zwłaszcza przez te niechciane zadania.

P.S. Moja ostatnia nagroda poniżej, a Wy jaki prezent ostatnio sprawiliście sobie?

Lekarstwa wylądowały. Moje wewnętrzne dziecko tańczy i śpiewa #dicemaster #dices #boardgames #cardgame #xmen

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Sebastian (@sebko8)

  • Pomyślałam sobie, że można to nagradzanie siebie precyzyjnie zaplanować – tzn. wybrać dokładnie rzecz czy etap, za który należy się nagroda, i nawet to sobie zapisać. Np. napiszę ten rozdział i pójdę do kina, odhaczę całą listę drobnych zadań na dziś i zjem ciastko. To takie starożytne otium post negotium (czyli: wszystko już było!).

    • Dzięki za Twój głos. To taka marchewka tuż przed naszymi oczyma, świetny pomysł. Wiadomo, że rzeczy zapisane nabierają większej mocy! 😀

  • Paulina Basta

    Oj, ja też to mam… Auto-prezenty za zasługi robią robotę. Aż się chce zasługiwać na kolejne;)

    • Spełnianie wielkich jak i mikromarzeń to jakiś tam sens życia 🙂

  • Mam tak samo. Perspektywa rozpieszczenia w nagrodę motywuje do działania 🙂

  • Dla mnie nagrodą jest ten moment, kiedy mogę powiedzieć: uff, skończyłam!

    • Więc czas wolny jest Twoją nagrodą – tak to czytam. Ale polecam od czasu do czasu zmienić nagrodę 🙂 Dzięki za Twój głos!

  • malish88

    odnoszę wrażenie, że słowo, którego zabrakło w tym poście to „grywalizacja” 🙂 do tej pory zastanawiam się nad tym jak tu zrobić żeby wyznaczać sobie jakieś mini nagrody, ale produktywne i w miarę możliwości kompaktowe/minimalistyczne. Jakieś pomysły i propozycje? 🙂

    • To zabawne, ale opracowuję właśnie szkic takiej grywalizacyjnej metody zarządzania swoją motywacją i satysfakcją. Trochę za wcześnie by o tym mówić, ale trafiasz w sedno 🙂

      Według mnie zawsze dobrą opcją są książki. Spełniają walory edukacyjne, rozrywkowe i są offline co np. dla mnie jest bardzo ważne.

      Na Twoim miejscu zastanowiłbym się nad tym czego sobie zazwyczaj odmawiasz. Czy jest coś z gatunku „Kupiłbym, ale” to może być dobry motywator w rodzaju zakazanego owocu. Jeśli sięgniesz po taką nagrodę pojawi się poczucie wyjątkowości nagrody, a przecież o to chodzi.

      • malish88

        Książki i czasopisma naukowe już mam za sobą, bo zebrało mi się kilka kartonów i jest problem, bo ani to wyrzucić ani sprzedać (bo „przydasię”, bo wiedza nie traci na wartości itd., itd.). Potem były ebooki, ale okazało się, że jeszcze lepiej przyswajam audiobooki, bo pochłaniam je w drodze do pracy i z powrotem, więc łączę przyjemne z pożytecznym 🙂

        // a tak na marginesie, a pro pos cyfrowej literatury, hitem nie do przebicie jest dla mnie aplikacja Pocket, polecam. //

        Co do „Zakazanego Owocu” to masz rację, tylko zazwyczaj potem miałem poczucie winy, dlatego zacząłem bardziej analizować te zachcianki oprócz samej przyjemności, również pod kątem przydatności, użyteczności. I idąc tym tropem, jest oczywiście o wiele ciężej na cokolwiek się zdecydować, co jest też bardzo frustrujące „bo się chce, a nie można”, ale ostatnio kupiłem obiektywy do telefonu, bo moje wewnętrzne dziecko zawsze interesowało się fotografią i niby nic wielkiego (bo 29,99), ale użytecznego, jakaś wartość dodana. (jeśli kogoś interesuje jak taka zabawka się sprawuje to test można znaleźć tutaj: http://88geek.blogspot.com/2016/06/obiektywy-do-telefonu-z-biedronki-test.html)

        Wcześniej, przy okazji innej nagrody, kupiłem pulsometr bluetooth. To właśnie coś z gatunku „Kupiłbym, ale”. Jeśli ktoś nie jest w temacie biegania to po krótce wyjaśnię, że jest takie trochę gadżeciarskie akcesorium do bezprzewodowego mierzenia tętna podczas treningu i przesyłania wyników do aplikacji w telefonie i zazwyczaj jest wydatek powiedzmy ok. 100zł.

        Przez długi czas biłem się z myślami, że to się nie zwróci, bo wyników nie poprawi, treningu nie uczyni lżejszymi itd., ale trafiła się okazja cenowa, wyprzedaż, i kupiłem pulsometr za 59zł.

        Może dla niektórych osób ten tok myślenia wydaje się dziwny, ale po prostu staram się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i połączyć przyjemne z pożytecznym 🙂

        • Dwie pieczenie na jednym ogniu to bardzo zwinne podejście 🙂 Nie ma w tym nic dziwnego.